Ziarno nienawiści – część II

Kontrola bezpieczeństwa między Zieloną Strefą a pozostałymi dzielnicami Kamankeszu działa w specyficzny sposób – służby porządkowe sprawdzają dokumenty każdemu, kto chce wejść do strefy, jednak przejście przez punkt kontrolny w drugą stronę jest całkowicie swobodne. Gulzar bez skrępowania minął druciane zasieki i znalazł się w Ra’as il-’Ajin. Niemal natychmiast skręcił i zapalił sobie papierosa, mijając się po drodze z kolejką zmęczonych ludzi, którzy czekali cierpliwie na przedostanie się do dzielnicy wysokich, kamienno-szklanych biurowców.

Ulica Ibn Taliba, którą szedł Gulzar, zasłaniała się przed Słońcem sklepowymi markizami i zakurzonymi parasolami uwiązanymi prowizorycznie przy miejskich latarniach. Na ulicę Ibn Taliba, jeszcze za lepszych czasów, szło się na pobudzającą kawę z dżezwy i po świeże mięso z lokalnych masarni. Nie było tu czuć takiego upału jak na Targu Przypraw, na którym handlowano pod gołym niebem. Na ścianie jednego z budynków Gulzar dostrzegł ślady pozrywanych plakatów. Zatrzymał się przy nich na chwilę, próbując sobie przypomnieć, czyje podobizny tam widniały. Alego Nishara? Nasrallaha Singha? Nieważne, to już historia – pomyślał i ruszył dalej. Parę metrów dalej zauważył wysprejowany napis w języku kukryjskim: „Przywróćmy w Kukrii pierwotny porządek”. Widział już to hasło kilka razy, jednak nie wiedział, co dokładnie się za nim kryje.

Gulzar wszedł do sklepu spożywczego, który prowadził jego przyjaciel, Hosni. W środku nie było klientów, a Hosni siedział w kącie sklepu za ladą, słuchając śpiewu kukriackiego chóru ze starego radia.

– Bracie! – zawołał, widząc wchodzącego Gulzara. – Pokój z tobą, usiądź na chwilę!
– Pokój z tobą, bracie! – Gulzar przytulił serdecznie Hosniego i usiadł obok niego za ladą.
– Jak idą sprawy? – zapytał w międzyczasie Hosni.
– Dobrze, dzięki Bogu. Dostałem pracę w Zielonej Strefie.
– Bóg jest wielki! – wykrzyknął. – Chociaż tobie się poszczęściło w tym biednym mieście.
– Cóż… – westchnął zakłopotany. – Na razie muszę posiedzieć na okresie próbnym.
– Poważnie? – zdziwił się Hosni. – To niedobrze. Bardzo niedobrze – podrapał się po głowie. – Słyszałem, że tak robią w Zielonej Strefie. Biorą cię na dwa, trzy tygodnie, oczywiście za darmo, a potem ci mówią, że się nie nadajesz. I wylatujesz.  – Hosni zauważył, że Gulzar gotuje się w sobie. – Naprawdę chcesz się dać wyrolować?
– Do cholery! – podniósł się nerwowo, unosząc ramiona. – A co mam robić? Szukam sobie jakiegoś zajęcia, ale nie ma nigdzie roboty w tym mieście. Od tygodnia pożyczam jedzenie od sąsiadów. Jedzenie pożyczam! Słyszałeś coś podobnego? Od dawna brakuje mi kasy. Wszystko muszę na moją matkę wydawać, bo staruszka nie ma już nawet sił, by podnieść się do łazienki. Gdyby tylko mój ojciec… – Gulzar zawiesił się.
– Wiem, bracie. – Hosni położył mu rękę na ramieniu. – Ja nawet nie umiem pomyśleć, jak przez to cierpicie. Niech Bóg was obdarzy łaską. Też mi brakuje Baszira, na Boga, to był mój ulubiony klient.
– Teraz ja muszę wziąć na barki całą moją rodzinę. Co mi Bóg dopomoże?
– Nie bluźnij, bracie. – Hosni wyraźnie spoważniał. – Módl się, a Bóg cię usłyszy. I nie zrozum mnie źle, bracie. Nie chciałem, żebyś czuł się ośmieszony, ale ja naprawdę muszę cię ostrzec przed tymi łajdakami z zagranicy, żebyś nie robił sobie złudnych nadziei. Słyszałem już od kilku osób, jak ich wyrzucono z pracy po okresie próbnym. Bez zapłaty, jak jakichś niewolników. Nie mówię, bracie, że tak jest zawsze i że u ciebie też tak będzie, ale miej to na uwadze, dobrze? Żebyś się nie zawiódł.
– Dobrze. – Gulzar uspokoił się. – To może…
– Czekaj – przerwał mu Hosni. – Mam tu coś dla ciebie. Czekaj.
Hosni wstał i poszedł prędko na zaplecze. Po chwili wrócił do Gulzara z martwą, opierzoną kurą zawiniętą w gazetę.
– Trzymaj. To dla ciebie i dla twojej matki – powiedział.
– Bracie, nie musisz… – odpowiedział mu wyraźnie onieśmielony Gulzar. – Ja sobie sam chciałem kupić tę kurę, naprawdę.
– Gulzarze, teraz pieniądze przydadzą ci się na inne rzeczy – stwierdził. – Trzeba sobie jakoś radzić. Ja sobie poradzę bez tej kury, a dla ciebie to coś znacznie większego. Na Boga, trzeba się dzielić tym, co mamy. Bierz już to ode mnie.
– Niech cię Bóg błogosławi. – Gulzar podziękował Hosniemu i wziął od niego kurę.
– Będzie dobrze – zapewnił go Hosni.
– Na pewno? – spytał niepewnie.
– Na pewno.
– Na pewno – powtórzył Gulzar. – Muszę iść, matka na mnie czeka.
– Idź, bracie. – Hosni i Gulzar przytulili się na pożegnanie. – Idź w pokoju i pozdrów ode mnie rodzinę.
– Pozdrowię, niech Bóg ci błogosławi, Hosni.

Gulzar wracał do domu wolniejszym krokiem, paląc kolejnego papierosa. Jego serce napełnione było niepewnością, a myśli goniły mu w głowie w szaleńczym tempie. Na Boga, dam z siebie wszystko i mnie nie wyrzucą – przekonywał sam siebie.

Dom Gulzara mieścił się na południowych obrzeżach Ra’as il-’Ajin przy nienazwanej uliczce kilka minut drogi od meczetu, na trzecim piętrze wielorodzinnego domu. Blok był usytuowany ciasno pośród innych domów z zakurzonych, kremowych cegieł lub z surowego betonu. Powykrzywiana zabudowa osiedla przypominała raczej przypadkowo poupychane pudełka o nieregularnych kształtach i rozmiarach, wyraźnie kontrastując z precyzyjnie zaprojektowaną Zieloną Strefą, oddaloną parę kilometrów stąd.

– Wróciłem, mamo – powiedział, wchodząc do niewielkiego mieszkania.
– Spóźniłeś się, Hadija wyszła godzinę temu – odchrząknęła surowym tonem. – Jeść.
– Już, już, mamo – rzekł pośpiesznie, położył reklamówkę z dywanikiem oraz zawiniętą kurę na stole i podszedł do starszej kobiety siedzącej na bujanym, drewnianym krześle po drugiej stronie izby. – Mam dla ciebie kurczaka. Kupiłem u Hosniego.
– Kurczaka? – zdziwiła się matka. – Ileś ty wydał?
– Mam pracę, mamo. Mówiłem ci przecież.
– A, tak… – odrzekła mu. – Masz pracę. Jak praca?
– Dobrze, mamo – odpowiedział, idąc z kurą do kuchni. Gulzar opierzył ją i wstawił do piekarnika. Gdy doglądał obiadu, woń pieczonego drobiu roznosiła się powoli po izbie.
– Drób… – westchnęła matka zza kuchni. – Nie pamiętam, kiedym ostatnio drób jadła.
Gulzar zamknął oczy, czując, że napełniają się łzami. Jesz drób codziennie – powiedział do niej w myślach. Zasłonił twarz i wyciszył się.
– Jak praca? – zapytała matka.
– Wszystko dobrze, mamo – odpowiedział jej ponownie syn.
Obiad był gotowy po kilkudziesięciu minutach. Gulzar rozdrobnił porcję dla matki i pomógł jej zjeść. Karmił ją w ciszy. Później zjadł swoją porcję osobno, siedząc na podłodze w kuchni. W trakcie posiłku usłyszał wezwanie do modlitwy, jednak zignorował je.

Nie mam siły, nie mam siły, nie mam siły – mówił do siebie.

Uspokoiwszy się, wrócił do izby. Matka, siedząc na bujanym krześle, oglądała jakąś kukryjską telenowelę w małym, czarno-białym telewizorku stojącym na drewnianej szafie. Pomimo mocnych zakłóceń w audycji, matka Gulzara wpatrywała się w ekran, jakby była w transie. Gulzar, nie spoglądając na nią, podszedł do szafki. Wyciągnął z szuflady starą książkę po surmeńsku, którą wypożyczył z miejskiej biblioteki. Była to „Miłość do wysp” – powieść Adamosa Adamosigosa, bogata w dialogi pisane potoczną surmeńszczyzną. Zabrał ją i poszedł z powrotem do kuchni. Czytał książkę, marząc o tym, by móc kiedyś pojechać do Kaharonei lub chociaż do Ettenpolis i zobaczyć „zieleń żywszą ponad inną zieleń” z opisów Adamosigosa. Gulzar czytał bez przerwy, robiąc notatki ze słówek w zeszycie, aż spostrzegł, że zrobiło się ciemno.

W nocy Gulzar pomógł jeszcze matce przygotować się do spania, przebierając ją w nocną suknię i przenosząc ją z trudem do łóżka. Sam położył się spać na balkonie, oglądając przed snem niebo pełne gwiazd.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: