Monthly Archives: Marzec 2016

Ziarno nienawiści – część II

Kontrola bezpieczeństwa między Zieloną Strefą a pozostałymi dzielnicami Kamankeszu działa w specyficzny sposób – służby porządkowe sprawdzają dokumenty każdemu, kto chce wejść do strefy, jednak przejście przez punkt kontrolny w drugą stronę jest całkowicie swobodne. Gulzar bez skrępowania minął druciane zasieki i znalazł się w Ra’as il-’Ajin. Niemal natychmiast skręcił i zapalił sobie papierosa, mijając się po drodze z kolejką zmęczonych ludzi, którzy czekali cierpliwie na przedostanie się do dzielnicy wysokich, kamienno-szklanych biurowców.

Ulica Ibn Taliba, którą szedł Gulzar, zasłaniała się przed Słońcem sklepowymi markizami i zakurzonymi parasolami uwiązanymi prowizorycznie przy miejskich latarniach. Na ulicę Ibn Taliba, jeszcze za lepszych czasów, szło się na pobudzającą kawę z dżezwy i po świeże mięso z lokalnych masarni. Nie było tu czuć takiego upału jak na Targu Przypraw, na którym handlowano pod gołym niebem. Na ścianie jednego z budynków Gulzar dostrzegł ślady pozrywanych plakatów. Zatrzymał się przy nich na chwilę, próbując sobie przypomnieć, czyje podobizny tam widniały. Alego Nishara? Nasrallaha Singha? Nieważne, to już historia – pomyślał i ruszył dalej. Parę metrów dalej zauważył wysprejowany napis w języku kukryjskim: „Przywróćmy w Kukrii pierwotny porządek”. Widział już to hasło kilka razy, jednak nie wiedział, co dokładnie się za nim kryje.

Gulzar wszedł do sklepu spożywczego, który prowadził jego przyjaciel, Hosni. W środku nie było klientów, a Hosni siedział w kącie sklepu za ladą, słuchając śpiewu kukriackiego chóru ze starego radia.

– Bracie! – zawołał, widząc wchodzącego Gulzara. – Pokój z tobą, usiądź na chwilę!
– Pokój z tobą, bracie! – Gulzar przytulił serdecznie Hosniego i usiadł obok niego za ladą.
– Jak idą sprawy? – zapytał w międzyczasie Hosni.
– Dobrze, dzięki Bogu. Dostałem pracę w Zielonej Strefie.
– Bóg jest wielki! – wykrzyknął. – Chociaż tobie się poszczęściło w tym biednym mieście.
– Cóż… – westchnął zakłopotany. – Na razie muszę posiedzieć na okresie próbnym.
– Poważnie? – zdziwił się Hosni. – To niedobrze. Bardzo niedobrze – podrapał się po głowie. – Słyszałem, że tak robią w Zielonej Strefie. Biorą cię na dwa, trzy tygodnie, oczywiście za darmo, a potem ci mówią, że się nie nadajesz. I wylatujesz.  – Hosni zauważył, że Gulzar gotuje się w sobie. – Naprawdę chcesz się dać wyrolować?
– Do cholery! – podniósł się nerwowo, unosząc ramiona. – A co mam robić? Szukam sobie jakiegoś zajęcia, ale nie ma nigdzie roboty w tym mieście. Od tygodnia pożyczam jedzenie od sąsiadów. Jedzenie pożyczam! Słyszałeś coś podobnego? Od dawna brakuje mi kasy. Wszystko muszę na moją matkę wydawać, bo staruszka nie ma już nawet sił, by podnieść się do łazienki. Gdyby tylko mój ojciec… – Gulzar zawiesił się.
– Wiem, bracie. – Hosni położył mu rękę na ramieniu. – Ja nawet nie umiem pomyśleć, jak przez to cierpicie. Niech Bóg was obdarzy łaską. Też mi brakuje Baszira, na Boga, to był mój ulubiony klient.
– Teraz ja muszę wziąć na barki całą moją rodzinę. Co mi Bóg dopomoże?
– Nie bluźnij, bracie. – Hosni wyraźnie spoważniał. – Módl się, a Bóg cię usłyszy. I nie zrozum mnie źle, bracie. Nie chciałem, żebyś czuł się ośmieszony, ale ja naprawdę muszę cię ostrzec przed tymi łajdakami z zagranicy, żebyś nie robił sobie złudnych nadziei. Słyszałem już od kilku osób, jak ich wyrzucono z pracy po okresie próbnym. Bez zapłaty, jak jakichś niewolników. Nie mówię, bracie, że tak jest zawsze i że u ciebie też tak będzie, ale miej to na uwadze, dobrze? Żebyś się nie zawiódł.
– Dobrze. – Gulzar uspokoił się. – To może…
– Czekaj – przerwał mu Hosni. – Mam tu coś dla ciebie. Czekaj.
Hosni wstał i poszedł prędko na zaplecze. Po chwili wrócił do Gulzara z martwą, opierzoną kurą zawiniętą w gazetę.
– Trzymaj. To dla ciebie i dla twojej matki – powiedział.
– Bracie, nie musisz… – odpowiedział mu wyraźnie onieśmielony Gulzar. – Ja sobie sam chciałem kupić tę kurę, naprawdę.
– Gulzarze, teraz pieniądze przydadzą ci się na inne rzeczy – stwierdził. – Trzeba sobie jakoś radzić. Ja sobie poradzę bez tej kury, a dla ciebie to coś znacznie większego. Na Boga, trzeba się dzielić tym, co mamy. Bierz już to ode mnie.
– Niech cię Bóg błogosławi. – Gulzar podziękował Hosniemu i wziął od niego kurę.
– Będzie dobrze – zapewnił go Hosni.
– Na pewno? – spytał niepewnie.
– Na pewno.
– Na pewno – powtórzył Gulzar. – Muszę iść, matka na mnie czeka.
– Idź, bracie. – Hosni i Gulzar przytulili się na pożegnanie. – Idź w pokoju i pozdrów ode mnie rodzinę.
– Pozdrowię, niech Bóg ci błogosławi, Hosni.

Gulzar wracał do domu wolniejszym krokiem, paląc kolejnego papierosa. Jego serce napełnione było niepewnością, a myśli goniły mu w głowie w szaleńczym tempie. Na Boga, dam z siebie wszystko i mnie nie wyrzucą – przekonywał sam siebie.

Dom Gulzara mieścił się na południowych obrzeżach Ra’as il-’Ajin przy nienazwanej uliczce kilka minut drogi od meczetu, na trzecim piętrze wielorodzinnego domu. Blok był usytuowany ciasno pośród innych domów z zakurzonych, kremowych cegieł lub z surowego betonu. Powykrzywiana zabudowa osiedla przypominała raczej przypadkowo poupychane pudełka o nieregularnych kształtach i rozmiarach, wyraźnie kontrastując z precyzyjnie zaprojektowaną Zieloną Strefą, oddaloną parę kilometrów stąd.

– Wróciłem, mamo – powiedział, wchodząc do niewielkiego mieszkania.
– Spóźniłeś się, Hadija wyszła godzinę temu – odchrząknęła surowym tonem. – Jeść.
– Już, już, mamo – rzekł pośpiesznie, położył reklamówkę z dywanikiem oraz zawiniętą kurę na stole i podszedł do starszej kobiety siedzącej na bujanym, drewnianym krześle po drugiej stronie izby. – Mam dla ciebie kurczaka. Kupiłem u Hosniego.
– Kurczaka? – zdziwiła się matka. – Ileś ty wydał?
– Mam pracę, mamo. Mówiłem ci przecież.
– A, tak… – odrzekła mu. – Masz pracę. Jak praca?
– Dobrze, mamo – odpowiedział, idąc z kurą do kuchni. Gulzar opierzył ją i wstawił do piekarnika. Gdy doglądał obiadu, woń pieczonego drobiu roznosiła się powoli po izbie.
– Drób… – westchnęła matka zza kuchni. – Nie pamiętam, kiedym ostatnio drób jadła.
Gulzar zamknął oczy, czując, że napełniają się łzami. Jesz drób codziennie – powiedział do niej w myślach. Zasłonił twarz i wyciszył się.
– Jak praca? – zapytała matka.
– Wszystko dobrze, mamo – odpowiedział jej ponownie syn.
Obiad był gotowy po kilkudziesięciu minutach. Gulzar rozdrobnił porcję dla matki i pomógł jej zjeść. Karmił ją w ciszy. Później zjadł swoją porcję osobno, siedząc na podłodze w kuchni. W trakcie posiłku usłyszał wezwanie do modlitwy, jednak zignorował je.

Nie mam siły, nie mam siły, nie mam siły – mówił do siebie.

Uspokoiwszy się, wrócił do izby. Matka, siedząc na bujanym krześle, oglądała jakąś kukryjską telenowelę w małym, czarno-białym telewizorku stojącym na drewnianej szafie. Pomimo mocnych zakłóceń w audycji, matka Gulzara wpatrywała się w ekran, jakby była w transie. Gulzar, nie spoglądając na nią, podszedł do szafki. Wyciągnął z szuflady starą książkę po surmeńsku, którą wypożyczył z miejskiej biblioteki. Była to „Miłość do wysp” – powieść Adamosa Adamosigosa, bogata w dialogi pisane potoczną surmeńszczyzną. Zabrał ją i poszedł z powrotem do kuchni. Czytał książkę, marząc o tym, by móc kiedyś pojechać do Kaharonei lub chociaż do Ettenpolis i zobaczyć „zieleń żywszą ponad inną zieleń” z opisów Adamosigosa. Gulzar czytał bez przerwy, robiąc notatki ze słówek w zeszycie, aż spostrzegł, że zrobiło się ciemno.

W nocy Gulzar pomógł jeszcze matce przygotować się do spania, przebierając ją w nocną suknię i przenosząc ją z trudem do łóżka. Sam położył się spać na balkonie, oglądając przed snem niebo pełne gwiazd.

Reklamy

Ziarno nienawiści – część I

Serdecznie zapraszam do zapoznania się z moim debiutem literackim w formie powieści w odcinkach zatytułowanej „Ziarno nienawiści”. Jest to historia młodego mężczyzny żyjącego w Kamankeszu. Wszystkie wydarzenia opisane w powieści są czystą fikcją literacką i nie mają związku z rzeczywistością, a wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób są przypadkowe.

Życzę przyjemnej lektury i dziękuję z góry za oceny i opinie.

(-) Hadi Hoza

ZIARNO NIENAWIŚCI
Hadi Hoza

Część I

Gulzar zapakował dywanik do wytartej, plastikowej reklamówki z supermarketu, ubrał czarne, skórzane buty i wyszedł z meczetu.

Żar lejący się z bezchmurnego nieba, uliczny gwar i gryzący fetor śmieci roznoszący się po Ra’as il-’Ajin, wschodniej dzielnicy Kamankeszu, były nie do zniesienia. Gulzar przeciskał się nerwowo przez gęsty tłum powracający z modlitwy środowej, idąc wzdłuż wąskiej uliczki wiodącej z Targu Przypraw na Plac Związkowy. Skręcił w Przesmyk Kuziby, aby nieco dłuższą trasą ominąć tłum rozchodzący się do domów. Gulzar dostrzegł z naprzeciwka biedaka pchającego szeroki wózek ze śmieciami, z którego kapała cuchnąca ciecz. Widząc go, przycisnął się plecami do ściany domu z piaskowca i odruchowo zasłonił się reklamówką, by nie ubrudzić swojej koszuli w kratę i dżinsowych spodni. Biedak pozdrowił Gulzara ręką i zniknął mu z oczu. Gulzar doszedł do końca Przesmyku Kuziby, wychodząc na ulicę Przyjaźni przyozdobioną szyldami sklepików i zielonymi flagami z szahadą. Tłum był tutaj wyraźnie mniejszy, a powietrze wydawało się mniej cuchnące. Z bocznych uliczek dobiegały hałasy przydomowych warsztatów.

W końcu, mijając róg ulic Przyjaźni i Il-Afdala, Gulzar stanął w kilkudziesięciometrowej kolejce przed prowizorycznym punktem kontrolnym. Za stalową barierką stał funkcjonariusz kukryjskiej policji i uzbrojony żołnierz SSO, którzy kontrolowali każdego, kto chciał dostać się do Zielonej Strefy. Kolejka posuwała się mozolnie, lecz Gulzar wiedział, że o tej porze trzeba po prostu odstać swoje, nawet jeśli musiałby czekać godzinę na przedostanie się do Strefy. Spojrzał w niebo. Słońce wydawało się ani trochę nie poruszać w stronę horyzontu; próżno też było żywić nadzieję na nadejście choćby jednej chmury. Chcąc zabić czas, Gulzar skręcił starannie papierosa w niewielki rulonik z bibuły i zapalił go z tekturowej zapałki. Tutaj mógłby spalić tyle tytoniu, ile zechce, a w Zielonej Strefie obowiązuje przecież całkowity zakaz palenia. Dlaczego więc nie skorzystać z okazji? – Zaciągał się powoli, rozmyślając.

Po kilkudziesięciu minutach oczekiwania na swoją kolej, Gulzar podszedł do barierek.

– Dowód proszę – rzekł machinalnie policjant.
– Już, już, proszę. – Gulzar pospiesznie wręczył policjantowi niebieską, plastikową kartę. Funkcjonariusz, obejrzawszy dowód tożsamości z dwóch stron, podał go surmeńskiemu żołnierzowi.
– Co tam masz? – zapytał policjant, wskazując palcem na reklamówkę Gulzara.
– Nic, to tylko modlitewnik. – Gulzar niecierpliwił się.
– Mogę zobaczyć? – policjant zapytał ponownie, wyrywając mu z rąk reklamówkę. Zajrzał do środka, by po chwili ją oddać poddenerwowanemu mężczyźnie.
– Dobrze wszystko, idzie w pokoju – zawołał żołnierz niewyraźnym, koślawym kukryjskim, zwracając Gulzarowi dowód tożsamości. Gulzar nie odpowiedział mu i ruszył dalej. Mijając bramę w płocie z drutu kolczastego, wyszedł z ciasnej ulicy na otwartą, szeroką przestrzeń.

Zielona Strefa, choć była położona na wschód od Starego Miasta, stanowiła faktyczne centrum Kamankeszu, od kiedy zaczęły się w niej lokować kukryjskie oddziały firm z Kaharonei, Trizondalu, a nawet z Sarmacji. W Zielonej Strefie ulice były czyste, a palmy, rosnące równo wzdłuż głównej alei, były stale podlewane z rurek irygacyjnych. Flagi Surmenii i Kukrii powiewały leniwie na każdym skrzyżowaniu mijanym przez Gulzara. O tej porze po ulicach Zielonej Strefy przechadzało się więcej policjantów niż cywili.

Gulzar wszedł do jednego z biurowców przy Placu Związkowym. Wnętrze było schludne i klimatyzowane. Po lobby kręciło się kilku biznesmenów i sprzątaczka. Gulzar rozejrzał się za recepcją. Wziął głęboki oddech i podszedł do kobiety siedzącej za marmurowym biurkiem. Zauważył, że recepcjonistka nie jest Kukryjką.

– Dzień dobry – przywitał się po surmeńsku. – Nazywam się Gulzar bin Asub i jestem umówiony na rozmowę kwalifikacyjną
– Dzień dobry – odpowiedziała bezemocjonalnie, po czym, nie spoglądając na Gulzara, zaczęła szukać jego personaliów w komputerze. – Jeszcze raz, jak?
– Gulzar bin Asub – odpowiedział powoli i wyraźnie.
– Może pan… przeliterować? – spytała z nieskrywanym zażenowaniem, cały czas spoglądając na ekran komputera.
– Gamma, ypsilon, lambda… zeta, alfa…
– Dobrze, już mam – przerwała Gulzarowi. – Kukryjskie imiona… – wycedziła pod nosem, po czym, podnosząc wzrok w kierunku Gulzara, oznajmiła: – Zgadza się, jest dostojny umówiony na rozmowę. Proszę na drugie piętro, schodami po lewej, pokój 231 – wskazała dłonią trasę. – Proszę czekać przed wejściem, wezwą dostojnego. Miłego dnia.
– Dobrze, dziękuję – odpowiedział Gulzar, kłaniając się lekko. Idąc w stronę klatki schodowej, Gulzar zauważył, że tuż obok znajdują się drzwi do windy. Cofnął się do recepcji.
– Przepraszam – zagadał do recepcjonistki. – Czy można podjechać windą?
– Nie można. – Kobieta odparła stanowczym, surowym tonem. – Winda działa tylko na kartę magnetyczną.
– Czy można…
– Nie można otrzymać karty magnetycznej. – Recepcjonistka ponownie przerwała Gulzarowi. – Karty magnetyczne wydajemy tylko pracownikom. Proszę pójść schodami.
– Przepraszam, nie było pytania – westchął Gulzar i ponownie ruszył w stronę klatki schodowej.

Gulzar stał w korytarzu przed pokojem 231. Był, jak się zdawało, jedyną osobą czekającą na spotkanie. Rozejrzał się po wnętrzu: jasne ściany, wiszące zdjęcia surmeńskich miast, ze szpar umieszczonych na suficie powiewało chłodną bryzą klimatyzatorów. Od czasu do czasu przez korytarz przechodzili ludzie o białych i śniadych twarzach ubrani w korporacyjne garnitury, wychodząc z jednego pokoju i wchodząc do innego. Drzwi z numerem 231 nie otwierały się jednak ani razu. Próbując się nie nudzić, Gulzar huśtał lekko reklamówką z dywanikiem w środku, uważnie obserwując metalową klamkę.

Drzwi otworzyły się gwałtownie. Z pokoju wychylił się mężczyzna o różowej cerze, która niewątpliwie niedawno zaczęła przyzwyczajać się do kukryjskiego Słońca.

– Dostojny Asuvosigos? – zapytał po surmeńsku mężczyzna.
– Bin Asub – poprawił go Gulzar. Mężczyzna wzruszył lekko ramionami.
– Na jedno wychodzi, dostojny – odrzekł. – Adamos Sorosigos. A po co dostojnemu ten woreczek?
– To tylko dywanik – odpowiedział.
– Faktycznie, dywanik – powtórzył z przedziwnym grymasem na różowej twarzy. – To ja zapraszam do środka. Woreczek proszę powiesić na wieszaku, ewentualnie dostojny go postawi gdzieś w pobliżu.
Gulzar poszedł za mężczyzną, odwiesił reklamówkę zgodnie z jego zaleceniem i zajął wskazane przez mężczyznę miejsce na krześle. Mężczyzna usiadł przy biurku naprzeciwko Gulzara i otworzył teczkę, z której wyciągnął kilka spiętych kartek.
– Więc… – zaczął, wertując strony. – Dostojny chciał pracować u nas w centrum telefonicznym.
– Tak, zgadza się – upewnił go Gulzar.
– Widzę, surmeński u dostojnego całkiem dobry… – rekruter zatrzymał się w krótkiej zadumie. – Ale ma dostojny ten akcent. Z akcentem może być trudno, może dostojny rady nie dać. A jak słowa? Rozumie dostojny?
– Tak, rozumiem dobrze – odpowiedział.
– To co powiedziałem? – zapytał, patrząc Gulzarowi prosto w oczy.
– Powiedział dostojny, że mówię całkiem dobrze po surmeńsku, lecz mam naleciałości z kukryjskiego.
– Proszę bardzo, „na-le-cia-łoś-ci” z kukryjskiego… – na różowej twarzy rekrutera uniosły się brwi. – Uczył się gdzieś dostojny? – zapytał po chwili.
– Tak, w szkole.
– Surmeńskiego?
– Też. – Gulzar poczuł się niekomfortowo. – Nie rozumiem. Dziwi to dostojnego?
– Cóż… – mężczyzna wypuścił nosem powietrze. – Ja tu od niedawna pracuję, trochę przymusowo – wyznał. – W sumie mało wiem o tym mieście. No, troszeczkę z telewizji może. Trochę tu jak na wczasach, wie dostojny.
– Zapewne poczułbym się tak samo w Kaharonei – odrzekł Gulzar, próbując zażartować.
– Nie, w Kaharonei jest znacznie ładniej – odpowiedział poważnie rekruter. – I pogoda jest bardziej ludzka. Może dostojny kiedyś tam pojedzie, to zrozumie, o czym mówię. – Rekruter zamilkł i wrócił do przeglądania dokumentów. Po chwili rzekł: – Dobrze, nie jesteśmy tu na rozmowie o miastach, tylko na rozmowie o pracę, przypominam dostojnemu.
Gulzar zacisnął zęby. Co za irytujący rekruter, na Boga – pomyślał.
– Naturalnie, rozumiem dostojnego – odpowiedział ze sztuczną sympatią w głosie.
– Dobrze, cieszę się… – Rekruter ponownie wypuścił powietrze nosem. – No cóż, z reguły prosimy kandydatów o napisanie testu językowego, bo znajomość surmeńszczyzny strasznie tutaj kuleje – powiedział, wzdychając. – Ale w przypadku dostojnego… no, widzę, że mówi dostojny całkiem swobodnie, tyle że z tym akcentem, cóż, trudno. Wie dostojny, to prosta praca tak naprawdę, trzeba tylko gadać z klientami po surmeńsku. Zainteresowany?
– Tak, naturalnie – potwierdził Gulzar.
– W takim razie zaczyna dostojny od jutra – uśmiechnął się sztucznie rekruter. – Proszę przyjść o godzinie szóstej po odbiór karty. Oczywiście, dwa pierwsze tygodnie przepracuje dostojny na okresie próbnym. Na początek musimy dostojnego sprawdzić, czy warto dostojnemu coś płacić. Zrozumiano?
– Dwa tygodnie bez nawet jednego gona? – zdziwił się Gulzar.
– Wie dostojny – odrzekł mężczyzna. – Zawsze może dostojny dalej tkać dywany, czy co tam dostojny robił w poprzednim życiu, droga wolna – wskazał palcem drzwi, przez które wcześniej weszli. – Albo zrozumie dostojny, że każda firma musi sobie jakoś radzić – pokazał palcem na biurko. – To jak będzie?
– W porządku, wchodzę w to – rzekł Gulzar lekko rozczarowany warunkami.
– Dobra decyzja – odparł rekruter i podał Gulzarowi kartkę z umową spisaną po surmeńsku oraz długopis. – Proszę to podpisać, że zgadza się dostojny na staż u nas i od jutra dostojny zaczyna.
Gulzar rzucił okiem na treść dokumentu, czytając co trzecie słowo. Podpisał się i zwrócił rekruterowi umowę.
– Nie, nie, dostojny – zaśmiał się lekceważąco mężczyzna i ponownie podał kartkę Gulzarowi. – Musi się dostojny podpisać po surmeńsku. Dostojny myśli, że ktoś te robaczki odczyta w HR-ach w Kaharonei?
Gulzar podpisał się ponownie bez słowa komentarza.
– Dziękuję wreszcie – zawołał rekruter. – Cóż, to wszystko, jest dostojny wolny. – Mężczyzna wstał z krzesła, a za nim wstał Gulzar. – Do zobaczenia, panie Asuvo… Panie bin Asub, przepraszam.
– Do zobaczenia – odpowiedział mu Gulzar, po czym uścisnął od niechcenia dłoń rekturerowi i wyszedł z pokoju 231.

Gulzar rozejrzał się po niemal sterylnej alei w Zielonej Strefie. Miał złe przeczucia. Na Boga, co innego jednak można zrobić, jak nie ma czego do garnka włożyć? – Bił się z myślami, wracając do Ra’as il-’Ajin.

Zamach na targu w Kamankeszu. Wielu zabitych i rannych

CMRGc7YUAAQCcrt

Sześćdziesiąt osób zginęło, a ponad sto zostało rannych w sobotę na skutek zdetonowania trzech bomb przez terrorystów-samobójców w południowej dzielnicy Kamankeszu zwanej Ghayr il-Zahrat informują źródła policyjne i medyczne. 

Zamachowcy wykorzystali do ataku terrorystycznego ciężarówkę wypełnioną materiałami wybuchowymi. Wysadzili ją na punkcie kontrolnym prowadzącym do targu miejskiego niedługo po godzinie 12 czasu lokalnego. O tamtej porze w miejscu zamachu znajdowało się około kilkuset osób robiących zakupy, a także wiele samochodów, ponieważ na sobotni targ w Ghayr il-Zahrat zjeżdzają się również kupcy z okolicznych miejscowości. Pozostałe dwa ładunki wysadzili zamachowcy-samobójcy na zatłoczonych uliczkach targowych.

Policja potwierdza, że to największy zamach terrorystyczny, jakiego dokonano w Kukrii w ciągu ostatnich 15 lat. Zniszczeniu uległ punkt kontrolny, okoliczne budynki i stragany, a także wiele samochodów.

Na razie nikt nie przyznał się do ataku. Według policji dzisiejsze tragiczne wydarzenia mogły mieć związek z kryzysem rządowym w Kaharonei. Władze autonomosu nie wydały jeszcze oświadczenia w sprawie zamachu.